Rzeka główna


BLOG

Tydzień do Świąt


Szturm na sklepy. Kolejki, kolejki, kolejki, cieknąca kiszona kapusta, której jedyną zaletą jest niebycie cieknącym karpiem, upiornie ciężka, dwumetrowa choinka, wielce śliczna, ale gdy już stoi w domu, nie gdy się ją niesie na ramieniu. Tak się w mojej pamięci zapisuje czas przedświąteczny, z roku na rok coraz bardziej nerwowy.
Dzisiejszym nerwowym momentem była konstatacja, że coś nam w otoczeniu nie pasuje. Pierwszym podejrzanym stał się zielony parasol, który to, pomimo grudnia straszącego z kalendarzy, nadal zachęca klientów restauracji wietnamskiej do obiadowania na świeżym powietrzu. Po chwili namysłu uznałyśmy, że parasol nam w niczym nie szkodzi, a problem tkwi gdzie indziej. Olśnienie spadło na nas jak grom z jasnego nieba: „GDZIE SĄ CHOINKI?!”
Rozwydrzyłyśmy się – drzewka zawsze na tydzień przed Świętami pojawiały się w miejscu nieszczęsnego parasola. A teraz – nie ma! Chwila zastanowienia. Mama udała się na zwiad do kelnerów, najwyraźniej korzystających z przerwy na papierosa, i usłyszała, że właściciel się zmienił na takiego, co to o niczym nie ma pojęcia. Ani o choinkach, ani tym bardziej o parasolach. Zgnębione podreptałyśmy do domu, skąd szturmowałyśmy telefonicznie kolejnych znajomych z pytaniem, gdzie, do diabła, można teraz kupić choinkę. Większość ambitnie zostawiła ten problem na później, licząc, że w Wigilię rano tez się jakowyś wiecheć znajdzie. My, z uszkami nad głową, a uszka wszak muszą być klejone w Wigilię, nie mogłyśmy więc pozwolić sobie na podobne odsunięcie sprawy.
Objechałyśmy okoliczne osiedla, twardo postanowiwszy, że na hali nasza noga nie postanie. Czy też raczej, już techniczni, nie metaforycznie, koło naszego samochodu. W okolicach hali szansę na parkowanie mają rowery, ewentualnie nieduże motory. Samochodów ten luksus zazwyczaj nie dotyczy, chyba że stawią się na posterunku w godzinach wczesnoporannych. Tak na marginesie, ciekawe, dlaczego gdyńscy radni, tak aktywnie wklejający kolejne wieżowce gdzie popadnie, ostatnio w dzielnicy willowej, nie pomyślą o stworzeniu porządnego miejskiego parkingu? Najwidoczniej są ponad to.
Wracając do tematu – choinki znalazłyśmy przy Elei. Pan bardzo ładnie nam wyłożył, jakie to niezwykłe gatunki, jakie śliczne, jakie trwałe. Bliższe oględziny wykazały lekkie podgnicie od wewnątrz. Łypnęłyśmy chyba dość wrogo, bo pan spłoszył się nieco, po czym z kąta wyciągnął absolutnie pięknościowe drzewko. Rozłożyste, gęste, zielone i pachnące. Nawet się dało potargować. Był nawet tak miły, że, usunąwszy na bok kiszoną kapustę, kilogramów pięć, przystosował samochód do transportu choinki. Czy też jodły, dla mnie choinka to choinka, biolodzy, proszę nie strzelać.
Jako jednostka nie posiadająca kręgosłupa chorego, za to moralny w dobrym stanie, osobiście targałam potwora z samochodu do domu. W tamtym momencie potwora, ponieważ ani się tego porządnie złapać nie dało, ani pociągnąć, nic, tylko się na nim powiesić. Osadzanie w stojaku poszło gładko dzięki szczelnemu zafoliowaniu, nawet udało nam się nie strącić żyrandola. Po czym udałyśmy się na zakupy mięsne, pozostawiwszy drzewko samemu sobie.
Mięso mięsem, ale pies jakiś prezent też powinien dostać. Jako że ostatnią piłkę męczyła przez trzy i pół miesiąca, zanim udało jej się wbić kieł, z nadzieją na rozruszanie labradora wstąpiłyśmy do sklepu sportowego. Wybrałyśmy bardzo ładną piłeczkę, z założenia chyba do piłki nożnej, w kolorach tak upiornych, że bardziej się nie da. Pan przy kasie odbił parę razy, ze zdziwieniem wysłuchując naszej prośby o dopompowanie.
- Ale ona się wtedy nie będzie nadawało do kopania! – tłumaczył nam powoli.
- Ale ta piłka nie ma być do kopania! – zdenerwowałyśmy się.
- A jaka? – zamiast oczu miał dwa znaki zapytania.
- Psoodporna...
Zdecydowanie nasze nietypowe potrzeby wzbudzają ludzką sympatię.
Wróciłyśmy do domu, nastąpiła krótka scysja, kto ma prawo do czytania Wyborczej, zjadłyśmy obiad. A teraz właściwie wypadałoby się zebrać i wyjsć na ten zimny, nieprzyjazny świat, by pies mógł się przedreptać.
Na samą mysl robi mi się zimno. Na myśl o przegrzebaniu piwnicy w poszukiwaniu bombek – piwnicy, w której nie ma światła, a mama stanowczo odmawia towarzyszenia – robi się gorzej.
Święta, Święta, Święta... Sympatyczne, ale nie na tydzień przed.

2006-12-16 17:27:53 skomentuj (2)